Eskapada - Gwda - Raport
Intensywność na pograniczu maksymalnej.
Ten wyjazd rozpoczął się dla mnie o 3:30 rano przebudzeniem w Jaskrowie, 14 km od Częstochowy.
Jeszcze kilka godzin pielgrzymowania, taksówka, pociąg i w Warszawie byłem około 13:00
- szybka reanimacja, parę spraw i
po 21:30 wymarsz na pociąg do Szczecinka.
Na Centralnym po dość długiej kolejce kupiłem bilety. Ten na wierzchu
był tam gdzie chcieliśmy a pozostałe do jakiegoś Aleksandrowa. Ale to dopiero
miało się okazać. Dzięki temu wylosowaliśmy niekończącą się dyskusję z
panią służbistką z PKP. Groziła nam dopłata ok 2 zł / bilet ale
w miarę rozwoju negocjacji spodziewałem się raczej 10 lat ciężkich robót :P
Na peronie zamiast do Szczecina 22:55 wsiedliśmy do Swinoujscia 22:50 i tylko telefon
od Kasi, która zajęła nam miejsca na Wschodniej uratował nas od nowego rekordu.
Bo w ogóle okazało się, że to nie ten peron co stoimy tylko że pociąg "skręcił" i
"podróżni proszeni są o szybkie przejście..." ale no udało się... uff. Niezawodne
PKP dostarcza nieustannie tych emocji. Naprawdę nie warto tanio latać.
Pierwszy dzień sprawiał wrażenie na-pograniczu-deszczowego ale kilkanaście
kilometrów udało się przepłynąć. Na nocleg pod namiotami mało kto miał jednak ochotę
więc w miejscowości Spore starym zwyczajem z braku agroturystyki... wchrzaniliśmy się ludziom
na prywatną kwaterę ;P Kiedyś prowadzili bar i mieli salkę, która idealnie się do tego nadawała.
Wszelkich informacji zasięgnęliśmy wcześniej w Centrum Informacji Lokalnej czyli w miejscowym sklepie [ oczywiście ].
Warto też na pewno wspomnieć o naszym nowym znajomym Duńczyku - Barmanie Bajerancie. Zawsze jest jakaś
fajna miejscowość na trasie [ tym razem Spore ] i ktoś ciekawy no i tym razem to był ten człowiek :)
Skrajnie wyczerpany przespałem chyba z 15 godzin więc nie napiszę co się działo
na imprezie bo nie wiem. Następnego dnia przed nami było kilka kilometrów rzeki
i największe jezioro w okolicy. Zastanawialiśmy się co robić i chyba dopiero informacja
o możliwych szkwałach na dużych zbiornikach wodnych przekonała nas żeby jednak... płynąć :P
Gwda to w ogóle bardzo fajna jest. Nie jest szczególnie trudna a co chwila są ciekawe
przeszkody. Drzewa nie drzewa i no bez większej adrenaliny ale trzeba pokombinować. To, że
utopiłem nowy aparat [ ehh ! ] nie wynikało z trudności - bardziej z nieuwagi [ zmęczenia ? ].
Na koniec dnia wylądowaliśmy w Gwdzie Wielkiej, gdzie z uwagi na wesele znowu nie było żadnych kwater.
Zaprotestowałem przeciwko kolejnemu "wchrzanieniu się ludziom" żeby "nie weszło nam w krew" ;)
Zdaliśmy kajaki i podjęliśmy decyzję o "przemieszczeniu się gdzieś indziej". Wypadło na... Toruń.
Od północy do 5 nad ranem włóczyliśmy się po pięknie oświetlonej starówce zwiedzając wszystkie
miejscowe lokale rozrywkowe. Doliczając powrót lekko opóznionym TLK
dało to kolejne ok 24h na nogach. Znowu wróciliśmy totalnie zmasakrowani z tego... wypoczynku ;)
A ja to w ogóle muszę odpocząć bo ostatnie 2 tygodnie to była nieustająca karuzela codziennie gdzie
indziej niezliczone ilości miejsc, ciągle nowi ludzie, informacje, obserwacje, emocje... przy
braku snu w odpowiednich dawkach dało to znaną z dużego lotka "kumulację". I na ostatnich etapach
byłem już dość wyraznie "nieobecny".
Ale takie "przeczołganie się" jest czasem potrzebne [ niezbędne ? ] jak się chce zapomnieć
jak bardzo można się co do kogoś pomylić. No i mi niestety tak się właśnie wylosowało.
A pozostałym mam nadzieję, że się po prostu podobało.
PEŁNA FOTO-RELACJA - - - - - - - > KLIKNIJ TUTAJ !!
Tyle raportu - pozdrawiam, Tadek
|